1/48 F4F-3 Wildcat
Budowa
Eduard – 82201
Z jednej strony konstrukcje amerykańskich myśliwców z czasów WW2 nie są mi obce, z drugiej Wildcat nie doczekał się u mnie jeszcze sklejenia. Wypuszczenie przez Eduarda nowego wtrysku i pochlebne opinie na grupach modelarskich skutecznie zachęciły do podjęcia tematu.
Żeby zapoznać się z przeciwnikiem zacząłem od przeglądu zawartości pudełka oraz dodatków. Budowę zaś – jak to zwykle bywa w latadłach – rozpocząłem od kokpitu. Zdecydowałem się przy tym na jego żywiczną wersję. Mimo że drukowane elementy wydają się bardzo delikatne, to przez zastosowanie solidnej konstrukcji podpierającej, nie znalazłem żadnych uszkodzonych elementów w transporcie.
Podpór jest sporo i trzeba momentami uważać żeby się nie pomylić i nie przeciąć odlanych z żywicy kabli, czy innych filigranowych detali…
Przy pomocy miniwiertarki Proxxona, precyzyjnych cążek i czeskiej żyletki udało się wszystko powycinać…
…drążek sterowniczy zostawiłem niewycięty do malowania.
Następnie zweryfikowałem z dokumentacją kilka elementów z kabiny pilota. Na pierwszy rzut instrukcja kokpitu żywicznego sugeruje usunięcie panelu sterowania po lewej stronie burty. Rzeczywiście, nie występował on w wersji F4F-3 – wprowadzono go dopiero później.
Zdecydowałem się usunąć żywiczną teczkę i wykorzystać fototrawioną wersję z zestawu.
Oprócz tego, zgodnie z instrukcją, usunąłem teczkę która została odlana w plastiku w innym miejscu.
Było to dość kłopotliwe, jako że teczka przykrywała wręgę. Udało się to przy pomocy skrobaka i papieru ściernego na wykałaczce.
W międzyczasie zorientowałem się, że mój kokpit żywiczny właściwie pasuje tylko do malowania w wersji A, jako że ma celownik teleskopowy.
Do pozostałych malowań (B, C, D, E, F) potrzebny jest kokpit z celownikiem refleksyjnym (Eduard ma osobny zestaw z takim celownikiem). Na szczęście jest to jedna część z całego kompletu. Mogłem więc wykorzystać wersję plastikową, ale jest ona dosyć uboga w porównaniu z żywicą. Dlatego skontaktowałem się z producentem, który wysłał mi element razem z innym zamówieniem z ich oficjalnego sklepu.
Mogłem zająć się najbardziej wymagającym etapem budowy tego zestawu, czyli wnęką podwozia. Zacząłem od nawiercenia miejsc na rusztowania i dodania kabli z cyny tu i ówdzie.
Trud w złożeniu elementów konstrukcji polegał nie tyle na odpowiednim spasowaniu elementów, co sklejeniu przy tym największej liczby części przed malowaniem tak, żeby nie utrudnić sobie późniejszego do nich dostępu. Do spozycjonowania podstawowej konstrukcji wystarczyła mi chłodnica sprężarki, czyli element oznaczony jako N21 (przy czym ważna uwaga, że można go wykorzystać w każdym malowaniu poza B).
Resztę mogłem na tamtą chwilę tylko przymierzyć “na sucho”, by później rozdzielić do malowania.
W międzyczasie zgłębiłem temat koloru kokpitu w Wildcatach. Instrukcja sugeruje “Interior green”(C351 z Gunze) z domieszką czarnej farby dla wszystkich malowań poza A (wczesny F4F-3). Zweryfikowałem to z najlepszym znanym mi źródłem na ten temat – IPMS Stockholm. Wyszło więc na to, że dla późniejszych F4F-3 powinno to być dokładniej tzw. “Bronze Green”. Zatem postanowiłem zrobić test dwóch farb które brałem pod uwagę na różnych kolorach podkładu.
Ostatecznie zdecydowałem się na MRP-132. Bronze Green od AK wydał mi się zbyt ciemny. Zwłaszcza, że kokpit w Wildcacie jest bardzo mocno obudowany i z definicji jest tam ponuro.
Większość wyciętych elementów zapodkładowałem na szaro.
Tam, gdzie planowałem zrobić obicia farby, użyłem srebrnej farby Tamiya LP-11. Przy okazji metaliczna farba uwidoczniła warstwy drukowanej żywicy. Nie był to żaden problem na tym etapie, gdyż kolejne warstwy farb (a już na pewno lakier matowy) powinny były ten efekt zniwelować.
Następnie – również aerografem – prysnąłem kolory bazowe.
Gdzieniegdzie podrapałem powierzchnie, z wykorzystaniem techniki “na lakier do włosów” ,wykorzystując do tego chemię z Modelarskiego Świata.
Drobne elementy malowałem już z pędzla.
Całość kokpitu zabezpieczyłem lakierem satynowym.
Przyszedł czas na kalkomanie. Trzeba uważać bo, nie ma zapasowych stencili…
…obyło się jednak bez wpadki. Pod kalkomanie użyłem płynu zmiękczającego Tamiya.
Następnie chciałem wykorzystać niecodzienną właściwość kalkomanii Eduarda, czyli to, że da się z nich ściągnąć film pozostawiając nadruk. Po pewnym czasie od nałożenia, zwilżonym w X-20 pędzelkiem mogłem delikatnie pocierać film, nie uszkadzając przy tym nadruku.
Z bezbarwnego filmu po pewnym czasie robi się glut, który łatwo da się ściągnąć…
Kalkomanie zabezpieczyłem lakierem satynowym i przystąpiłem do łederingu. Do brudzenia wykorzystałem łosze i farby olejne.
W założeniu jednostka, którą planowałem malować miała startować nie tylko z lotniskowca, ale również z lotniska polowego na wyspie Midway. Zatem, żeby zasymulować brudzenie z Pacyfiku, wykorzystałem Wash o wdzięcznej nazwie ‘Kurz’ oraz farby olejne Dust i Cream Brown.
W międzyczasie przykleiłem fotel i pasy z blaszki. Po fakcie zorientowałem się, że pasy naramienne przykleiłem pod belką, wokół której powinny się owijać.
Udało się może nie bez śladu, ale jednak to naprawić. Do brudzenia pasów wykorzystałem ponownie farby olejne. Aplikowałem niewielkie kropki, większość z nich usuwając przy pomocy White spiritu.
Mogłem sklejać pozostałe części…
i dodać brakujące okablowanie z cyny.
Co do zegarów, to początkowo planowałem wybrać tablicę z nadrukami w formie kalkomanii, gdyż te mają najlepszą rozdzielczość. Niestety, nieszczęsny celownik implikował inną wersję tablicy. Dlatego zostałem przy blaszkach z Profipacka i płaskiej żywicznej tablicy.
Zegary czy z kalkomanii czy z blaszki są białe, a w tym przypadku powinny być żółte, dlatego pomalowałem je przezroczystym żółtym/pomarańczowym.
Same fronty potraktowałem farbami olejnymi, żeby nie były aż tak trupio czarne, po czym zabezpieczyłem lakierem matowym.
Skleiłem blaszki, dodałem dźwignie i na koniec użyłem jeszcze kredki, żeby podkreślić obicia i wypukłości.
Całość kokpitu była gotowa do wklejenia w kadłub.
Mogłem zająć się malowaniem drobiazgów we wnęce podwozia. Ponownie, do tego celu użyłem pędzla i farb akrylowych na mokrej palecie.
Łańcuchy mechanizmu otwierającego podwozie potraktowałem pudrem Uschi oraz kredkami metalicznymi AK.
Mogłem przystąpić do brudzenia. Tym razem skorzystałem z łosza Industrial Dirt Modellers World oraz kilku efektów olejnych Ammo.
Chłodnicy poświęciłem odrobinę więcej uwagi. Najpierw nałożyłem cienkim pędzelkiem trochę kleksów z Industrial Dirt od Modellers World.
Następnie minimalnie zwilżonym w White spiricie twardym pędzlem zacząłem rozprowadzać i zbierać nadmiar brudu, starając się jednocześnie zostawić najwięcej w zagłębieniach.
Całość procesu powtarzałem kilkukrotnie (również przy pomocy Engine Grime) do uzyskania satysfakcjonującego efektu.
Żeby wprowadzić efekt losowości w przybrudzeniu wnęki podwozia, użyłem szczoteczki do zębów. Przy jej pomocy spryskałem całość łoszem.
Większość tak uzyskanych plamek usunąłem przy pomocy White spirit.
Zbiornik oleju pobrudziłem przy użyciu tych samych technik, dodatowo korzystająć z efektów olejnych Streaking Grime oraz Fuel Stains.
Całość wnęki, po złożeniu i połączeniu kabelków, prezentowała się następująco…
Przymierzyłem wnękę i kokpit tylko po to, żeby zobaczyć jak prezentują się razem.
Kadłub Wildcata jest beczkowaty i szeroki, jednocześnie prześwit kabiny jest wąski. Oznacza to, że po złożeniu połówek kadłuba, niewiele widać w środku kokpitu.
Tutaj jeszcze porównanie wejścia do kabiny między F4F po lewej i F4U Corsair (Tamiya) po prawej w tej samej skali.
Spasowanie połówek kadłuba z żywicznym kokpitem było dość problematyczne, w moim przypadku. Wyskrobałem sporo plastiku wewnątrz obu połówek kadłuba w miejscu, gdzie wchodziła ścianka z zegarami, żeby połówki nie musieć kleić na dużym ścisku. Do szpachlowania użyłem czarnego kleju cyjanoakrylowego, tam gdzie przez środek nie miało być linii podziału.
Przy szlifowaniu starałem się maskować okolice narażone na utratę detali.
Żeby sprawdzić czy powierzchnia jest odpowiednio gładka i pozbawiona niechcianych artefaktów, korzystałem najpierw z czarnego podkładu, a następnie ze srebrnej farby LP-11. Koniec końców, i tak musiałem skorzystać z nitowadła, igły i skrobaka, żeby odtworzyć część nitowania i linii podziału.
Tutaj mały wtręt… Przy wstawianiu oszklenia w dole kadłuba, łatwo przeoczyć krok z instrukcji, w którym trzeba wyskrobać odrobinę plastiku z wnęk.
Bez tego nie wejdzie (tak, próbowałem).
Nadszedł czas na wklejenie brakującego żywicznego elementu z celownikiem nad zegarami. Pomalowałem go (oraz przedłużający go fragment kadłuba pod owiewką) najpierw farbą celulozową Tyre Black MRP-173, a następnie tak jak w przypadku zegarów pomaziałem tymi samymi farbami olejnymi. Na to zaaplikowałem lakier matowy i zrobiłem ledwo dostrzegalne obicia kredką.
Dosztukowałem też szkiełko celownika, z przezroczystego filmu z innego zestawu (film jest w zestawie kokpitu żywicznego z celownikiem, którego nie mam).
Idąc za ciosem, zająłem się oszkleniem kabiny. Tu czekały mnie niemiłe niespodzianki. Pierwszą była drobna rysa, choć szczęśliwie nie pęknięcie.
Do polerki użyłem szmatek o gradacjach 2400, 4000 i 6000.
Ostatecznie polerowanie zakończyłem miniszlifierką DSPIAE z końcówką bawełnianą Proxxon.
Zamaskowałem komplet oszklenia od z obu stron z pomocą masek TFace i natrysnąłem farbę MRP-132 Bronze Green, którą użyłem wcześniej do malowania kokpitu.
Musiałem zająć się jeszcze jednym “babolem”, tym razem na pewno już powstałym w wyniku mojego błędu. Przy wycinaniu owiewki, nieopatrznie urwałem element mocujący w taki sposób, że pojawił się uszczerbek na ramie oszklenia.
Najłatwiej byłoby napisać do producenta i prosić o wysłanie nowego elementu, ale nie chciałem czekać. Po przyklejeniu owiewki do kadłuba, zaszpachlowałem dziurę podkładem Mr Surfacer 500. Następnie usunąłem jego nadmiar Laquer thinnerem i całość przeszlifowałem. Efekt po natryśnięciu srebrnej farby był wystarczająco zadowalający.
Śmigło wymagało zapełnienia jamek skurczowych (a co za tym idzie przy okazji pozbyłem się wypukłych nitów) i usunięcia wypukłych linii oddzielających końcówki łopat.
Na tył łopat śmigieł natrysnąłem chipping medium.
Po czym pomalowałem końcówki śmigieł na żółto (uprzednio podkładując je białą farbą).
Zamaskowałem elementy, które nie miały być czarne
…i pomalowałem resztę aerografem. Ze zdjęcia samolotu, który odwzorowywałem wynikało, że również mankiety śmigła były pomalowane na czarno. Tak też zrobiłem.
Tył łopat poobdzierałem z farby, standardowo aktywując chipping medium przy pomocy wody.
Eduard w zestawie daje czarne napisy na mankiety. Ja potrzebowałem żółtych, dlatego wykorzystałem kalkomanie Airscale do amerykańskich śmigieł. Łopaty pod przyszłe brudzenie zabezpieczyłem lakierem bezbarwnym.
Następnie zabrałem się za coś, co długo odkładałem na później czyli spasowanie goleni. Miałem w zanadrzu golenie z brązu, w których – mimo wstępnie ładniejszych detali, nie spodobało mi się odlanie siłowników jako jeden element.
Do tego pozycjonowanie całej konstrukcji przy użyciu kleju cyjanoakrylowego skutecznie mnie zniechęciło (odstraszyło). Zdecydowałem się ostatecznie na zestawowy plastik. Konstrukcję goleni pozycjonowałem etapami robiąc kilkukrotne przymiarki na sucho.
Pozwoliło mi to na sklejenie samych goleni w jedną całość i przygotowanie ich do malowania.
Dodałem też przewody hamulcowe z 0.2mm cyny.
Najpierw całość pokryłem LP-11, a następnie dolną część goleni pomalowałem aerografem na czarno, mieszając farby Jet Black i Tyre Rubber. Do kabli użyłem już pędzla i farby Life Color, a wokół siłowników przykleiłem kawałki samoprzylepnej taśmy w kolorze chromu.
Z pudełka z metalowymi goleniami wykorzystałem tylko cieńsze od plastikowych żywiczne klapy, których postanowiłem nie wklejać na tym etapie, tak żeby mieć lepszy dostęp do ich malowania aerografem. W kwestii kolorów znowu posiłkowałem się zdjęciem odwzorowywanego egzemplarza oraz analizą kolorów IPMS Stockholm.
Pracę ze skrzydłami zacząłem od usunięcia nadmiaru plastiku u wylotu chłodnicy oleju przy pomocy skrobaka Trumpeter i pilnika Micro Files. Plastik wygładziłem klejem Tamiya Extra Thin Quick-Setting.
Wewnątrz chłodnic zaaplikowałem farbę LP-11.
Tej samej farby użyłem do pomalowania filtrów (uprzednio pokryłem je czarnym podkładem od MRP) i pobrudziłem je czarnym panellinerem od Tamiya.
Filtry wkleiłem i mogłem zająć się pozycjonowaniem karabinów wewnątrz skrzydeł. Jako, że producent nie przewidział żadnej rusztowania wewnątrz, karabiny mogły łatwo wpaść do środka skrzydła. Żeby tego uniknąć i jednocześnie zapewnić sobie równe pozycjonowanie, wkleiłem małe kawałki polistyrenu.
Same karabiny (a dokładniej ich żywiczny zamiennik) planowałem wkleić dopiero na sam koniec pracy z modelem. Zrobiłem na tym etapie tylko wstępne przymiarki na sucho.
Wywierciłem od wewnątrz dziury przewidziane na uchwyty na bomby (zgodnie z instrukcją) i byłem gotowy do sklejenia połówek skrzydeł. Do zaszpachlowania łączenia na krawędzi natarcia, ponownie użyłem czarnego kleju cyjanoakrylowego, nakładanego przy pomocy cienkiej igły do czyszczenia dysz drukarek.
Do upewnienia się, że krawędź natarcia jest pozbawiona łączenia posłużyła mi ponownie farba srebrna LP-11.
Skleiłem również połówki stateczników poziomych.
Jeśli mowa już o statecznikach, to ster kierunku nie był do końca dobrze odlany. Wewnątrz nie było wystarczająco miejsca na przewidziany tam miecz.
Musiałem go przyciąć, aby jedno z drugim spasowało.
Jak już uporałem się z wklejeniem miecza do steru to obyło się bez klejenia do statecznika gdyż spasowanie było bardzo dobre. Jeśli ktoś zdecydował się na malowanie czerwono białych pasów, zamiast skorzystać z dołączonej do zestawu kalkomanii, to łatwiej będzie pozostawić ster osobno, niż maskować wszystko do okoła.
Wkleić natomiast musiałem stateczniki poziome, których spasowanie pozostawiało sporo do życzenia – zwłaszcza od spodu.
Wpasowanie do slotów było bardzo ciasne i musiałem je przeskrobać, żeby części weszły do końca. Prawy statecznik nie trzymał poziomu. Musiałem go wkleić i przytrzymać taśmą na noc.
Nie obyło się też bez szpachlówki od spodu. Tym razem użyłem Mr Surfacer 500, którego nadmiar usuwałem przy pomocy zwilżonego w Laquer thinnerze cienkiego patyczka.
W dalszej części zająłem się oświetleniem na skrzydłach. Najpierw pokryłem światło lądowania farbą Molotov Liquid Chrome Mirror Effect, używając do tego aerografu.
arba ta bardzo długo schnie, a i tak w zasadzie nigdy nie można jej dotykać. Dlatego zamaskowałem wnętrze lampy do wyschnięcia na kilka dni, żeby nie wleciał tam żaden paproch.
Następnie wsadziłem przezroczyste oszklenie (nie wymagało kleju) i zamaskowałem do malowania.
Następnie zająłem się światłem na krawędzi natarcia. Zrezygnowałem z blaszki fototrawionej, gdyż przyklejenie jej w takiej zagiętej formie i to na element przezroczysty uznałem za dość kłopotliwe. Natomiast element przezroczysty, sam w sobie, miał już zaakcentowane nity.
Najpierw wnękę pokryłem farbą Molotov Liquid Chrome.
Następnie wkleiłem element przezroczysty przy pomocy kleju Ultra Glue. Na koniec zamaskowałem wnętrze i natrysnąłem srebrną farbę. Musiałem jeszcze trochę szlifnąć okolice, gdyż spasowanie nie było odpowiednie.
Dlatego raczej staram się przed malowaniem zadbać o wszelkie detale, które mi nie przeszkadzają przy operowaniu modelem podczas kolejnych prac. Gdybym zostawił wklejenie tego światła na sam koniec, musiałbym się pogodzić z niezbyt udanym spasowaniem, lub przeszlifować i przemalować linię natarcia.
Pozostało wkleić skrzydła do kadłuba. Szpary od spodu wymagały użycia szpachlówki.
Na koniec kontrola linii horyzontu i byłem gotowy do podkładowania.
Paweł Malinowski aka Malina
PS. Do skończenia budowy został jeszcze silnik z osłoną, ale niezachęcający zbytnio jakością plastik oraz pokazane obiecujące rendery przekonały mnie do poczekania na żywiczny odpowiednik.
PPS. Ten i inne modele oraz prace nad nimi możecie śledzić na MalinaModels Facebook oraz Instagram.
PPPS. Kontynuację prac znaleźć można w drugiej części artykułu
Świetna relacja! parę ciekawych patentów, jak choćby ze szczoteczką do wykorzystania.